Jestem po burzliwym rozstaniu. Ojciec zapomniał o tym, że dziecko nie jest moje lecz NASZE. Zarówno ja jak i on mamy obowiązek zapewnić dziecku środki do życia. Ja swoje zadanie wypełniałam, on niestety nie. Grał na zwłokę. Nagle stał się bezrobotny, bez dochodu. Grosza przy duszy nie miał. Typowe wymówki „nie mam”, „nie dam”, „nie zasłużyłaś” słyszałam praktycznie co miesiąc.

Długo biłam się z myślami co robić

Czasami miałam ochotę odpuścić. Unieść się dumą, pokazać że mam swój honor i udowodnić, że dam radę sama.  Jednocześnie zadawałam sobie pytanie dlaczego tylko ja mam ponosić trud wychowania, skoro on także jest rodzicem? Miałam dylemat moralny, czułam się podle. Z jednej strony alimenty to rzecz normalna, zdarza się dość często. Z drugiej natomiast… miałam niesłuszne wrażenie, że dziecko stanowi teraz dla mnie problem i kombinuje jak sobie ulżyć i nie obciążyć własnego budżetu…

Teraz doskonale wiem, że moje myślenie było błędne. Bycie samodzielnym rodzicem nie polega na tym, by nieść swój bagaż samemu. Nie muszę kreować się na męczennika, byle nikt nie wypomniał pomocy czy też wsparcia.

Pozew o alimenty nie jest oznaką upadku

To, że idę do sądu walczyć o pieniądze dla dziecka nie jest dowodem na to, że nie dam sobie sama rady. Nawet jeśli mam odpowiednie zabezpieczenie finansowe i świetną pracę, drugi rodzic ma obowiązek łożyć na utrzymanie wspólnego dziecka. Koszty rozkładają się 50/50. W momencie zapłodnienia też było pół na pół. W trakcie bycia razem, gdy tworzyliśmy rodzinę też dzieliliśmy się po równo. Dlaczego więc po rozstaniu ma być inaczej ?? To są pieniądze dziecka i dla dziecka. Inwestycja w jego przyszłość. Pokrywanie wydatków, które są niezbędne.

Ja pozew złożyłam

Walczyłam o pieniądze dla mojego dziecka, nie dla mnie. Nie potrzebowałam ich na swoje wydatki, nowe ciuszki lub kosmetyki. Moje dziecko ma prawo mieć wszystko to, czego potrzebuje. Nie będę odmawiać dziecku przyjemności, wakacji, nowych butów czy w ostateczności kromki chleba dlatego że mam swoją dumę. Jasno jest określone, iż każdy rodzic ma obowiązek utrzymywania swojego dziecka. Nie będę z tego zrezygnować w imię szczytnych idei. Nie, nie i jeszcze raz nie! Takim zachowaniem uczymy i pokazujemy, że odpowiedzialność za poczęte życie to nic nie znacząca regułka. Dziecko jest fajne, ładne i kochane póki jesteśmy razem, a w chwili gdy przestajemy być szczęśliwą rodzinką radź sobie rodzicu sam.

Nie taki diabeł straszny

Zdaję sobie sprawę, że wizyta w sądzie jest stresująca. Czasem wywlekane są sprawy intymne, prane są rodzinne brudy. Potem wizyty u komornika i dochodzenie pieniędzy należnych dziecku – również mało przyjemne. Komornik nigdy nie miał czasu sprawdzić sytuacji finansowej dłużnika. Sprawdzenie, czy ma konto w banku, wysłanie zapytania do Zusu lub Krusu było ponad jego siły. Prokurator zajmujący się naszym problemem zawsze twierdził, że przestępstwo niealimentacji to…  „niska szkodliwość czynu”. Nie odpuściłam. Chodziłam tak długo i tak często, aż wywalczyłam co miesięczne wpłaty na konto dla dziecka. Ty też powinnaś to zrobić.

Aleksandra Czarnecka, 
samodzielna matka dwóch córek,
po burzliwym rozstaniu z ex.
Prowadzi bloga https://niecalkiemsamamama.blogspot.com/