Sprawa alimentów w rozmowie z prawnikiem

0
7453
Obowiązek wspólnego pokrywania kosztów opieki i wychowania dzieci  być problematyczną kwestią – zwłaszcza w sytuacji rozwodu rodziców. Przedmiotem sporu bardzo często jest wysokość alimentów, czyli kwoty, jaką od byłego małżonka otrzymuje rodzic przejmujący bieżącą opiekę nad dzieckiem. W naszych realiach dzieci zazwyczaj zostają przy matce, tak więc alimenty przekazuje ojciec dziecka.

 

O sposobach zapobiegania nieporozumieniom na tym tle rozmawiamy z adwokatem Tomaszem Grzybkowskim, partnerem w kancelarii prawniczej w Poznaniu.

Panie mecenasie, o co po rozwodzie kłócą się rodzice?

Najczęściej o dwie rzeczy: kontakt z dzieckiem i alimenty. Kontakt z dzieckiem to sprawa bardzo emocjonalna, nierzadko ojcowie uskarżają się na to, że była małżonka utrudnia im spotkania z potomstwem. Kwestia alimentów mogłaby się wydawać mniej skomplikowana, bo pozwala na użycie prostych, czytelnych wskaźników. Na przykład w Niemczech obowiązuje tabela alimentacyjna i od razu wiadomo, ile kosztuje dziecko.

A w Polsce?

W Polsce alimenty liczy się od potrzeb dziecka i możliwości zarobkowych rodzica.

Czyli po jednej stronie to, co dziecko będzie musiało mieć, żeby dobrze funkcjonowało, żeby się rozwijało, a po drugiej to, ile mama czy tata w ogóle tych pieniędzy mają?

Raczej ile teoretycznie mogą mieć! Uwzględnia się przecież nie tylko majątek, ale i potencjał rodzica. Nie zawsze jest to tożsame. W polskim internecie od 15 lat można znaleźć arkusze kalkulacyjne potrzeb dziecka. Mamy arkusz potrzeb niemowlaka, przedszkolaka, ucznia szkoły podstawowej, gimnazjalisty, licealisty.

Pańska kancelaria była pierwszą, która takie dokumenty udostępniła publicznie…

Zgadza się, już 15 lat temu opracowaliśmy te arkusze, przeznaczone do obliczania potrzeb niemowlaka, przedszkolaka, ucznia szkoły podstawowej, gimnazjalisty i licealisty. I wciąż te dokumenty udoskonalamy, aktualizujemy – korzystając ze wskazówek i sugestii internautów.

Warto jednak zauważyć, że arkusz jest tylko narzędziem, to rodzice określają ilości dóbr czy usług zużywane przez dziecko oraz wpisują odpowiednie ceny – odpowiadające miejscu zamieszkania. Taki arkusz pomaga w spokojnej ocenie potrzeb, właśnie w tym momencie pojawia się dialog między rodzicami. To oni oceniają, czy dziecko powinno korzystać z dwóch godzin dodatkowo płatnych zajęć w tygodniu, czy z ośmiu, czy należy mu się kino raz, czy dwa razy w miesiącu itd.

Czyli to też jest sprawa płynna? Nic pewnego?

To oczywiste. Rodzice dają swojemu dziecku tyle, ile mogą. Rozmawiamy o faktach,  liczbach, cenach. Rodzice mogą się dogadać, czy dziecko ma mieć buty za 30 czy 300 zł. Jeśli porozumiemy się co do potrzeb, to jesteśmy bliscy zawarcia ugody. Wtedy przechodzimy do drugiej strony – możliwości zarobkowych zobowiązanego. I tu bardzo często konflikt jest o wiele ostrzejszy.

Drugie z małżonków twierdzi, że zobowiązany do płacenia alimentów „może płacić dużo”?

No właśnie. A stwierdzenie, czy zobowiązany faktycznie ma takie możliwości, wcale nie jest łatwe. Zwłaszcza w sytuacji, gdy mówimy o kimś, kto sam prowadzi firmę. Można przecież wykazywać stratę, a jednocześnie jeździć dobrym samochodem. Musimy ustalić, ile posiada.

Sąd będzie patrzył na parking?

Będzie patrzył, bo możemy powołać biegłego, który zajrzy w księgowość firmy małżonka.

To nie jest utajnione?

Nie jest. W sprawach alimentacyjnych sąd może szukać dowodów bardzo głęboko. Może sprawdzić konta bankowe, wyciągi, może nawet zobaczyć wydatki z karty kredytowej. I zawsze można powołać się na dowód z opinii biegłego. Biegły przyjdzie i te rachunki sztuka po sztuce obejrzy. Chociaż faktycznie, problemem są samochody w leasingu,

Czyli nienależące do zobowiązanego?

No właśnie, w związku z czym nie są uwzględnianie w dochodzie. Chociaż tutaj pewną wskazówką może być koszt utrzymania takiego auta. Prowadziłem sprawę, w której rodzic posiadał Porsche. Kiedy sędzia usłyszał, że serwis hamulców w tym samochodzie kosztuje 24 tys. zł, zaczęła się zupełnie inna rozmowa.

Ludzie nie mają oporów z ukrywaniem faktów – na niekorzyść własnego dziecka?

Owszem. Ale stanąć w sądzie i opowiadać, że się nie ma na swoje dziecko pieniędzy – to niemoralne, głęboko niemoralne.

A jeśli zobowiązany naprawdę jest w kiepskiej sytuacji finansowej i nie jest w stanie łożyć na uprawnionego?

Może utrzymywać małoletniego poprzez swoje osobiste świadczenia.

Czyli na przykład co? Odprowadzi do szkoły, ugotuje obiad?

Oczywiście, i to się zalicza. Panie redaktorze, praca żony w polskim systemie prawnym to nie jest niewolnictwo. Praca żony kosztuje, czyli jeżeli tata ma pieniądze, a mama wychowuje dziecko, to obowiązek alimentacyjny jest wykonywany równo.

Są to jednak rzadkie przypadki, kiedy rodzice nie mogą wykonywać swojego obowiązku. Nie miałem takich procesów, w których ktoś kwestionował, że ojciec nie może utrzymywać dziecka. Jeżeli tracimy pracę, uzgadniamy zmniejszenie świadczeń. Jeżeli nasza sytuacja się poprawia – również rozmawiamy. Mamy przecież ustalone potrzeby i mamy generalną zasadę: dzieci i rodzice mają prawo do równej stopy życiowej. Jeśli rodzic żyje skromnie, dzieciaki żyją skromnie, jeśli rodzic żyje na doskonałym poziomie, dzieciaki mają prawo żyć na doskonałym poziomie. To proste.