Plac zabaw – plac męki

0
1882
Plac zabaw

Ogólnie wiadomo, że dzieci kochają plac zabaw, gorzej z rodzicami. Jedni z radością biegną w kierunku piaskownicy, inni tak jak ja, raczej niekoniecznie. Rzecz nie w tym, że nie lubię dzieci, czy przeszkadza mi ich radosny wrzask. Nie, do szału doprowadzają mnie rodzice i babcie bywające na placu. Dlaczego? Dlatego, że jak tylko się pojawiam na placyku, od razu muszę wysłuchiwać ciągłych strofowań opiekunów. „Nie wchodź, bo za wysoko” krzyczy babcia czterolatka, widząc, jak ten staje na drugim stopniu zjeżdżalni, a ta ma ich w sumie trzy. „Uważaj, bo się przewrócisz!” tym razem matka kilkulatka biegnącego po piaszczystej powierzchni, albo „zaraz się pobrudzisz” to do chłopca wchodzącego na huśtawkę nad nieco wilgotną ziemią. I teraz pytam, po co przyprowadzać dzieci na plac zabaw? Skoro nic im nie wolno, albo wolno z ostrymi ograniczeniami? Rozumiem, jeśli dwulatek wspina się na „pająka” dla nastolatków, ale na zjeżdżalnię dla niego przystosowaną? Dlaczego dzieci nie mogą się wybrudzić na placu zabaw? Czy to tak trudno założyć dziecku koszulkę i spodenki „na podwórko” jak mawiała moja Babcia? Oddzielnym tematem jest rewia mody, jaką urządzają matki swoim dzieciom, szczególnie w niedzielne popołudnia. I o ile jeszcze kwestię przewrażliwionego bezpieczeństwa w stanie pojąć jestem, o tyle ubieranie dzieci w odświętne fatałaszki i puszczanie na plac zabaw – nie.

Bezpieczeństwo dzieci jest rzeczą najważniejszą, ale litości, pozwólmy im, by przekonały się, że można spaść z drabinki i się potłuc, że jak wbiegnie się w kałużę, to można się poślizgnąć, a jak sypnie piachem do góry, to oczka zaszczypią. Sami przecież tak eksperymentowaliśmy, i żyjemy. Mało tego, mamy się całkiem dobrze i często z niekłamaną zazdrością patrzymy na nasze pociechy wspinające się po drabinkach. Dlaczego wię191c im tego zakazujemy? Czy już zapomnieliśmy, jak to jest być dzieckiem?

Oczywiście, nie wszyscy rodzice są tacy, wielu pozwala swoim dzieciom odkrywać świat nawet kosztem podartych portek i siniaków na kolanach. I wiecie co? Myślę, że te dzieci są jednak szczęśliwsze, umorusane, zmordowane nieustającą gonitwą po podwórku, z odrapanymi kolanami. One tak jak my, ich rodzice, będą wspominać z uśmiechem, jak spadły z drzewa albo huśtały się „na stojaka”. I szkoda mi tych dzieci, które spacerują dostojnym krokiem na plac zabaw, ale jeszcze bardziej żal mi ich rodziców, którzy zapomnieli, że sami kiedyś byli dziećmi.

Pozwólmy na to dzieciom….

 

Magdalena Bytof